Czy można stworzyć system podatkowy tak zły, że z każdej perspektywy wygląda fatalnie? Tu wkracza Polska i mówi – potrzymaj mi piwo. Ten niefortunny zlepek wielu niespójnych reform pisanych na kolanie to prawdziwy potworek. Mówi się, że sukces ma wielu ojców a porażka jest sierotą. Nasz system niewątpliwie jest porażką, ale znamy jego ojców i matki – kolejnych nieudolnych reformatorów. Częste zmiany, niska stabilność prawa, problemy interpretacyjne, złożoność przepisów (których notabene nie da się po ludzku nawet przeczytać przez ilość odwołań i odwołań od odwołań) – to wierzchołek góry lodowej.
O każdym z tych aspektów można się rozpisywać. Część z nich doczekała się nawet opracowań naukowych. Natomiast dziś chciałbym skupić się na tytułowym wątku i zarzucie. Jak jeden system może być fatalny w oczach osób o tak skrajnie różnych poglądach?
Nawet nie ukrywam, że bliżej mi do pierwszego spojrzenia, więc tutaj zacznę polemikę. Wszystkie wady, które już wymieniłem jednym tchem we wstępie mają istotne znaczenie z liberalnego punktu widzenia. Oczywiście pisząc liberał mam tu na myśli klasycznego liberała, wolnorynkowca, nie amerykańskie fanaberie na temat znaczenia tego słowa.
W pierwszej kolejności zacząłbym od tego, że głównym problemem nie jest i nie była w historii III RP nominalna wysokość stawek. Przynajmniej dla rozsądnych liberałów nie powinna być. 12%, 19% czy nawet 32% z perspektywy świata zachodniego do którego Polska aspiruje to wciąż nie są wysokie podatki. Zwłaszcza, że system daje nam szerokie pole możliwości do rozliczania się nawet na stawkach pokroju 8,5% (ryczałt od niektórych usług) czy 9,9% (IP Box z uwzględnieniem składki zdrowotnej). Te alternatywne formy rozliczania sprawiają, że spór o progi skali podatkowej nie dotyczy całej masy ludzi. Mało tego, system jest na tyle elastyczny, że sami mamy ogromny wpływ, czy problem progów podatkowych będzie w ogóle nas dotyczył. Jeżeli więc nie stawki, na których skupia się debata publiczna – to co?
Pierwszy poważny problem jaki bym wskazał to bałagan – pojęciowy, interpretacyjny. Oto mamy na przykład składkę zdrowotną, która spełnia wszystkie definicyjne cechy podatku Ciężko przypisać jej natomiast definicyjne cechy składek. W dodatku jest liczona od dochodu. Przynajmniej dla niektórych, bo dla innych jest w stałej kwocie, a dla innych w trzech progach. Nawet procent liczony od dochodu jest różny – dla jednych wynosi 4,9%, dla innych 9%. Niektórzy mogą odliczyć ją w całości, do określonego limitu, inni w połowie, jeszcze inni wcale.
Nie ma w tym sensu, logiki, maksymalnie skomplikowano coś co było proste (przed Nowym Ładem). Cel? Fiskalny. Zwiększyć wpływy do budżetu – i jeszcze udawać, że nie podnosi się podatków. Efekt byłby podobny, gdyby wzrosła podstawowa stawka podatku dochodowego od osób fizycznych. Bałagan? O wiele mniejszy. Problem? Taka zmiana nie umożliwiłaby realizacji ukrytych przed okiem obywateli celów. Pokrzywdzenie i osłabienie samorządów, propagandowe ogłoszenie obniżki podatków, wskazywanie na konkretny, szlachetny cel nowej daniny.
Kiedy system jest tak skomplikowany i przekombinowany to łatwo o spory w interpretacji różnych przepisów. Ot, mamy chociażby spór o to, jak opodatkować zaliczkę na poczet zysku komplementariusza w spółce komandytowej i komandytowo-akcyjnej. Spór o tyle śmieszny, że trwa już wiele lat. Skarbówka stoi na jednym stanowisku, Sądy Administracyjne w tym Naczelny Sąd Administracyjny – na swoim. W tym bałaganie główną ofiarą jest oczywiście podatnik, który na koniec dnia dostaje dwie sprzeczne ze sobą interpretacje przepisów. Może albo zadziałać na swoją niekorzyść i zgodzić się z interpretacją urzędu, albo otworzyć kolejną z setek analogicznych spraw i przez kilka lat walczyć z organem. Oczywiście ciężar poniesie bohater naszej historii i podatnicy utrzymujący tę grę w berka – nikomu jednak najwyraźniej nie zależy, żeby ten problem jednoznacznie i w sposób globalny zakończyć.
Drugi problem to zupełny brak konsekwencji i stabilności tego systemu. Był czas, że rewolucję w podatkach mieliśmy co roku. Do tego zupełnie oderwane od rzeczywistości spojrzenie, w którym podatki nie są częścią kalkulacji ekonomicznej przedsiębiorców. Jak system ma przyciągać zagraniczny kapitał i zachęcać nasz rodzimy do inwestycji, jeżeli nie ma w nim żadnych świętości? Nie ma chyba ani jednej fundamentalnej zasady, która nie byłaby już złamana. Zaufanie obywatela do organów i samego państwa to fikcja. Istnieje tylko otwarta wojna, ze skrajną dysproporcją posiadanego arsenału po jednej ze stron.
O dziwo nie będzie wcale trudno znaleźć dwie równie fundamentalne wady z punktu widzenia socjalistycznego. Wrzućmy sobie teraz kompletnie inne spojrzenie, w którym naszym priorytetem jest ochrona ludu pracującego, gdzie wojna klas trwa w najlepsze.
Po pierwsze – tutaj już spokojnie można przyczepić się do stawek. Nawet nie dlatego, że są za niskie i że 32% to śmiesznie mało. Prawda jest taka, że z dobrze zarabiających osób na drugi próg wpadają głównie pracownicy sektora budżetowego i korporacji. Przedsiębiorcy w ogóle nie rozważają skali podatkowej przy większych zarobkach bo mają tańsze alternatywy jak podatek liniowy czy ryczałt. Wypycha to też pracowników na umowy B2B. Chociaż lewica lubi snuć wizję o tym, że jest to zawsze jednostronne wypychanie przez pracodawców, prawa jest taka że młodzi ludzie często sami wolą kontrakt B2B, żeby po prostu zarobić więcej. Sprawia to, że najlepiej zarabiający Polacy spokojnie mieszczą się z efektywnym opodatkowaniem swoich dochodów od 8,5% do 25% podatku, w rzadkich sytuacjach kończąc na 34,39%. Tymczasem zwykły etatowy pracownik płaci od nadwyżki powyżej 10 000 złotych miesięcznie 32% podatku, 9% składki zdrowotnej i proporcjonalny ZUS (do pewnego limitu). Jak to się ma do wspomnianego przed chwilą ryczałtu 8,5% ze zryczałtowaną zdrowotna i składką społeczną? Abstrahując od tego kto jest przedsiębiorcą – mają oni dostęp do dużo tańszych rozwiązań podatkowo-składkowych niż cała klasa “robotnicza”.
Drugi fundamentalny problem wynika z pierwszego. Mamy skrajną dysproporcję opodatkowania dochodów z pracy najemnej w porównaniu z opodatkowaniem zysków pochodzących z kapitału. Kilka przykładów – mamy kilka odziedziczonych nieruchomości, zapłacimy 8,5% podatku, żadnych składek, ewentualnie 12,5% od nadwyżki ponad 100 000 złotych rocznie. Marginalny koszt podatkowo składkowy. Inwestujemy na giełdzie w akcje, obligacje, kryptowaluty? 19% od zysku. Jesteśmy właścicielem spółki z o.o., która wypracowała 10 000 000 zysku? Na estońskim CIT zapłacimy 25% od części wypłaconej i 0% od tego co zostawimy w spółce na reinwestycję. Fundacja Rodzinna? 15% od wypłat i znów zero od reinwestycji. Kryptowaluty? Jak nie realizujemy zysków schodząc do fiat, też reinwestujemy bez podatku. Kapitałem możemy efektywnie obrać i pomnażać go bez podatku lub na niskim podatku, więc słynna zasada, że “pieniądz rodzi pieniądz” jest tutaj jak najbardziej aktualna. Aż dziwi, że lewica tak rzadko o tym mówi, a jak już, to robi to nieudolnie, gardłując o podniesieniu nominalnej stawki procentowej drugiego progu podatkowego. Tylko, że póki istnieją alternatywy, prawie nikogo to nie obejdzie (wręcz jest to broń wymierzona w ich potencjalny elektorat – pracowników korpo i budżetówki). Pierwsze z drugim dają jasny rezultat – bogatym łatwiej się bogacić niż biednym, a im więcej mamy, tym tańszy będzie podatkowo-składkowy koszt zarobienia kolejnej złotówki.
Polski system podatkowy najwięcej zalet ma dla doradców podatkowych – więc nie narzekam. Odstawiając światopoglądowe perspektywy wiem, że na sam system będę miał marginalny wpływ, więc po prostu nauczyłem się w nim odnajdywać i zawodowo pomagam w tym innym. Myślę, że w najbliższych latach system będzie ograniczał kolejne nisko-opodatkowane opcje. Zniknie ryczałt, lub ponownie zostanie bardzo ograniczony kwotowo. Fundacje Rodzinne i CIT estoński dostaną w kość. Składki będą dalej rosnąć, wydatki państwa również. System się będzie dalej rozrastał i komplikował.
W tej nierównej walce zostaje nam szukanie luk, adaptowanie się do nowych realiów i próby bycia o trzy kroki przed urzędnikiem – bo w momencie, w którym on ma prawie sześć lat żeby powiedzieć “sprawdzam” jeden krok to zdecydowanie za mało. System jest fatalny i będzie jeszcze gorszy – ale trzymajmy się myśli, że razem możemy stawić mu czynny opór. Ostatecznie ten fatalny system wciąż ma wiele rozwiązań, które pozwalają osobie w nim biegłej płacić o wiele niższe składki i podatki niż reszcie.
Zapraszamy do kontaktu
© 2026 Optymalni